Czasami wybieram się w niedaleką-daleką
podróż.
Pakuję swój czarny plecak, kostkę. Wkładam tam dziennik, srebrne pióro wieczne Zenith, butelkę wody, mój skórzany portfel. Biorę słuchawki i telefon. Zakładam czarną bluzę z kapturem i wygodne, rozchodzone glany.
Wybieram najpotrzebniejsze rzeczy zależnie od pory roku.
I wychodzę.
Obiecuję, że będę na czas, że się nie spóźnię. A prawie zawsze jestem po czasie. Chcę z tym walczyć, bo notoryczne poczucie winy z tego powodu zaczyna mnie powoli dobijać. Niepomyślne wiatry niosą moje postanowienia.
Kiedy przechodzę przez próg drzwi i je nieco za głośno zamykam, kiedy zjeżdżam windą na dół, wychodzę z klatki, pokonuję podwórko, a potem czekam na autobus, czuję, jak serce szybko obija mi żebra.
Gdzieś się wybiorę.
Ale cel mojej podróży nawet mnie samej nie jest znany.
Nie wiem, jaki autobus przyjedzie, to od niego wszystko zależy.
Trzy cyferki zdefiniują najbliższe godziny mojej egzystencji.
Szczerze mówiąc, zawsze od prawie dwóch lat coś ciągnie mnie do jednego miejsca.
Są miejsca, które przyciągają mnie mniej lub bardziej, ale to nieodparcie stanowi dla mnie miejsce, które odwiedzam, kiedy nie wiem, dokąd mam iść. Kiedy muszę uspokoić wzburzone morze w sercu.
Kupuję energetyka. Blacka Samurai o smaku wiśni, imbiru i sake, jeśli się trafi. Jeśli nie, wystarczy Monster Energy Ultra biały. Albo puszka Coca-Coli.
Wrzucam napój do torby.
Może tym razem komunikacja miejska poniesie mnie do mojej ulubionej części miasta. Może usiądę na ławce, na której siadam prawie zawsze. Sama czy też z kimś.
Jeśli tak, otworzę puszkę. Pewnie szybko wypiję napój, myśląc o tym, jakie drogi powinnam obierać. Wspominając, z kim i kiedy tu byłam. Wyjmę dziennik i spiszę swoje przemyślenia. Prawdopodobnie napiszę jakiś wiersz, a raczej coś, co go przypomina.
"(...) Wynaturzeni, pozbawieni pierwotności tłoczymy się w głębokiej betonowej studni miasta. Topielcy, pionierzy w chodzeniu przez pasy, chowaniu rąk w kieszenie, jakoby to mogłoby schować nasze brudne czyny choć na chwilę. Wypuszczam chmurę dymu, przepalam swoje istnienie, które na zawsze odciska się w tym mieście. Mieliśmy po jednym bilecie w tym życiu. Po jednej szansie, żeby odjechać znad przepaści. Może wsiadłam do złego pociągu, który zawiózł mnie do innego miejsca, niżbym chciała. Opieramy się tym bryłom [mieszkalnym]
, uciekamy przed wirem, przed korkiem, przed sobą samym [nami samymi]
. Ucieknę po torach lub skończę na nich.(...)"
Zachłysnę się powietrzem, zamiast dać się pochłonąć ciemnej głębi oceanu.
Mogę też wybrać się w inne miejsce. Nowe, a może i nie.
Wstanę i wrócę do domu.
Spóźniona czy punktualna?
Parogodzinna
podróż zmienia mój nastrój.
Uspokajam się, nie uspokajam się, oddycham. Musiałam się przejść. Musiałam uciec, wyjść ze swojej głowy.
Moje małe podróże zaczęły mi się dziś kojarzyć z czymś trochę dłuższym i większym. Jak gdyby wyjść ze swojego dotychczasowego życia i do niego wrócić. Schemat się sprawdza.
Czas mija.
Coś się dzieje.
Wychodzę.
Czas mija.
Coś się dzieje.
Wracam.
Pomyślałam o tym dzisiaj siedząc cały dzień przy biurku i doprowadzając moją dyniogłową lalkę do porządku.
Nie pomyślałam, że chcę to zrobić. Ja to poczułam. Poczułam się jak kiedyś, że chcę się tym zajmować.
A wczoraj miałam wenę na rysowanie.
Przebyłam pewną podróż i chociaż przez chwilę czuję się, jakbym wróciła do domu.
Podczas podróży zdarłam sobie kolana, rozlałam serce, wyplułam płuca, ale oto dziwnym trafem jestem tu z powrotem.
Mam wrażenie, że ta lalka zniszczyła nieco powagę tego posta, że mój powrót do tej zabawy i pokazywanie jej na blogu, zniszczy moją koncepcję pisania
I wonder as I wander, które miało być czarno-białe i w dużej mierze pisemne. Z drugiej strony zakładam, że nie będę bawić się lalkami w tak niepoważny sposób jak wcześniej.
Podczas pisania słucham na pętli
In Vain, nową piosenkę Within Temptation. Puściłam ją przypadkiem i nieźle mnie uzależniła.
W ostatnim poście, krótkim poście,
Wśród nocnej ciszy, witałam w swoim małym chaosie. W tym zaś zaczynam oprowadzać po jednym z jego korytarzy. Skończonych, acz bezgranicznych.
nigdy "dzień dobry"
zawsze
do widzenia