Siedzę przy swoim dużym, czarnym, starym biurku. Otacza mnie mrok rozjaśniony lampeczkami na jeszcze nie rozebranej choince oraz ekran komputera. Z słuchawek do uszu leje mi się elektryczna gitara Miyaviego. Zastanawiam się, czy opisuję to wszystko w dobrej kolejności, czy nie jest to zbyt chaotyczne.
Niedługo będzie szósta, potem czas będzie mijał tylko szybciej. I znowu o pewnej porze będę musiała wybrać między wyspaniem się a słuchaniem więcej muzyki, która często jako jedyna sprawia, że coś czuję. Zapewne po raz kolejny wybiorę drugą opcję i zacznę tydzień od niewyspania, a potem tak samo go skończę.
Każdy taki tydzień mija niezauważalnie. W poniedziałek zaczynam geografią o 8:00, w piątek kończę chemią o 15:25. Siedzę w szkole przez tyle godzin i walczę ze zmęczeniem lub po prostu własnym umysłem. Kiedy to wspominam, uświadamiam sobie, jak bardzo mam tego dosyć. I jak cholernie nie mam siły wstać jutro o 6:30 ani przygotować prac domowych, ani pouczyć się do czekających mnie sprawdzianów, by nie odkładać tego po raz kolejny na ostatnią chwilę, ani wytrwać do piątku. Pięć dni zaczyna stanowić dla mnie wieczność w czyśćcu.
W kolejnym tygodniu jest tak samo. I tak w kółko.
No chyba, że znowu tam nie pójdę. Może znowu dostanę gorączki albo złamię sobie rzepkę i również w drugim semestrze moja frekwencja przekroczy zaledwie 60%. I kolejny raz będę walczyła o dopuszczający z matmy i fizyki. Być może nie popełnię paru błędów po raz drugi, ale nawet ja nie umiem tego przewidzieć. Nie umiem siebie przewidzieć.
Czuję się ostatnio źle. Bywało gorzej, to fakt. Choć teraz mam wrażenie, że cudem udało mi się nie spaść na samo dno studni, którą mam w głowie. Tyle rzeczy jest źle, tyle rzeczy poszło nie tak.
Ale jest jedna mała rzecz, która mnie w tym momencie odrobinę zadowala. Udało mi się ostatnio narysować parę fajnych rzeczy. No w końcu. Nie czuję, że w pełni odzyskałam tę pasję, że znów należy to do mnie, ale znów czuję, że może.
Na przykład to. Najśmieszniejsze jest to, że powstało kompletnie przypadkiem, bo po prostu odcisnął mi się rysunek z drugiej strony. I powstało skrzydło. Jest też drugie, ale mi się nie podoba, toteż wstawiam tylko jedno z nich. Zamysł był taki, że jedno skrzydło i ciało jest wypełnione tekstem, a drugie jest otoczone tekstem. Prawdopodobnie to skończę i może to ujrzycie w całości.
Przerzucam się z Miyaviego na Sariusa. Teraz mam nikłe poczucie, że ta muzyka jest żałosna, moje uczucia z nią związane zaczęły blaknąć. A wszystko przez mojego znajomego. Cholernego specjalistę od hip-hopu, który w sumie nawet nie zasługuje na status kolegi. A jednak jego słowa wpłynęły na moją opinię. To głupie.
To idiotyzm, jak zwykła mówić Yuki w Tańcz, tańcz, tańcz Harukiego Murakamiego.
Chciałam napisać refleksję na temat pamiętania wszystkiego, co złe oraz zmiany opinii. Stwierdziłam, że to głupie, że ta myśl nie prowadzi do niczego, tak naprawdę.
Blue Stahli ft.Emma Anzai, Not Over Til We Say So.
Dobry kawałek, by doprowadzić ten bezsensowny zlepek słów do końca.
On endless floors and corridors
Weak but not broken
Kolejny cytat, który jest na wyrost, ale go lubię. W życiu szlajamy się po nieskończonych piętrach i korytarzach. Słabi, lecz nie złamani. Przynajmniej tak byłoby jeszcze znośnie. Mamy niezliczone możliwości, nasze życie może się potoczyć na wiele nieprzewidzianych sposobów. I dokładnie tak myślę, bo tego doświadczyłam.
I to chyba na tyle dzisiaj.
Do widzenia!
Bardzo Ci dziękuję. Również życzę Szczęśliwego Nowego Roku!
OdpowiedzUsuńA mi brakuje wakacji, muszę przyznać. Wtedy przez dwa miesiące żyje się niemal jak się chce i to jest piękne...